FARMA DUCHW, autor: Rawdan


  Trupy i ich kawaki leay wszdzie, ale najwiksza ich cz wisiaa, przewieszona przez pale wyrastajce wzd wychodzonej drki na kocu ktrej znajdowa si blaszany barak. Obrzydliwe szcztki wyranie kontrastoway z zielono-otawymi krzakami, rosncymi po obu stronach. Krzaki te, Bez wtpienia byy zasadzonymi przez ludzi - lub powojenne co w ich rodzaju - rolinami jakiej nowej, ponuklearnej odmiany kukurydzy i na dodatek rosy w grzdkach. Obok baraku, w niewielkiej zagrodzie, powolnie poruszay si brahminy. Panujc tu idealn cisz mci jedynie machajcy krzakami wiatr a smrd jaki unosi si w powietrzu by prawie nie do zniesienia.
  Cassidy dopiero teraz zauway w trupach co dziwnego. Odkopn lece przy jego nodze grabie i zbliy si do jednego z nabitych na pal cia. Wyranie si przyja.
- Co tu jest nie tak. - rzek z wyranym zainteresowaniem. - Jakie dziwne te trupy. Syszysz Korn?
  Tribal wynurzy si zza jego plecw. Podnis lece na ziemi grabie i z caej siy przyoy w zmasakrowan gow wiszcego na palu ciaa. Gowa spada bez problemu i poturlaa si na piasku.
- Oczywicie. - rzek Korn wskazujc kocem grabi w kierunku lecej na piasku dziwnej gowy - Przecierz to gowa brahmina.
- Cholera! - rzuci Cassidy - Rzeczywicie.
  Byy barman spoja na reszt ciaa.
- Widziaem ju centaura - podj po chwili - widziaem mantisy, widziaem nawet ghule, ale w yciu nie widziaem czowieko- brahmina. To cholerne promieniowanie robi naprawde nieze numery.
  Korn zacz wyranie przyglda si wiszcemu na palu ciau. - To kuka! - zauway.
- Jeste pewny?
- Kto powpycha resztki jakiego martwego brahmina w ludzkie ubranie.
  Cassidy jeszcze bardziej przygldn si ciau ale wida byo e jego nos przeywa piekielne katusze. Kuk rzeczywicie stanowiy kawaki brahmina. Przerne wntrznoci tworzyy niezgrabny tuw okryty podart, brudn, kraciast koszul z ktrej rkaww wyrastay nogi brahmina udajce rce. Natomiast ng, ciao nie miao wcale, bo jak wida, z podartych, wiszcych na tuowiu spodni powypaday kawaki ciaa martwego zwierzcia, ktre miay owe nogi improwizowa.
  Barman nie mg ju wytrzyma okropnego zapachu gnijcego ciaa wic z radoci si cofn. Odebrawszy Kornowi grabie zacza nimi stuka w wiszcego trupa w wyniku czego prowizoryczne rce wypady z rekaww i upady na ziemi przy okazji uwalniajc kolejne niewidoczne chmury smrodu. Teraz obaj nie mieli ju wtpliwoci.
- No dobra. - przyzna Cassidy - Ale po co kto miaby bawi si ze mierdzcymi kawakami, jeszcze bardziej mierdzcego brahmina i na dodatek adowac w mierdzce achy jakiego kurdupla? - skinieniem gowy wskaza na ciao.
- Myl e te kuky su odstraszaniu nieproszonych... - urwa syszc jakie dziwne ciche gosy rozchodzce si w okolicy.
- O mutancie mowa a mutant tu! - umiechn si Cassidy dobywajc swojego dwulufowego Shotguna. Korn take wycign bro - bielutki pistolet laserowy.
- Moe to dochodzi z baraku?
- Lepiej sprawdmy. - Barman demonstracyjnie przedowa Shotguna.
  Szybkim krokiem ruszyli w kierunku koca druki, gdzie znajdowa si blaszany barak. Im bliej byli, tym gosy staway si goniejsze, ale wci nie byli pewni skd dochodz bo wiatr rozwiewa je po okolicy. Musieli uwaa by nie polizn si na martwych, mierdzcych szcztkach. Rozgldali si ale nie widzieli niczego poza wysokimi krzakami powojennej kukurydzy i imitacjami trupw wiszcych na palach.
  Ich szybki chd przerodzi si w bieg, jakby popdzany dziwnym strachem. Strachem przed czym czego nie widz. Cassidy, jakby si mona byo domyle, zapytany o to czy wierzy w duchy, z pewnoci odpowiedziaby e nie, bo duchy to bajki dla dzieci a on jest dorosym barmanem z Voult City. Ale Korn, kto wie. Wywodzi si z Arroyo, wioski dzikusw, pooonej prawie nad oceanem. Wierzenia prymitywnych plemion przykadaj przecierz szczegln rol do zmarych i duchw. Jakakolwiek odpowied Korna, nie zmieniaby jednak faktu e on i jego kompan, znaleli si ju tu pod barakiem.
  Cassidy silnym kopniakiem rozwali drzwi i obaj wpadli do rodka. Zdziwili si bo barak by prawie pusty, ale gosy ucichy momentalnie. Przy cianie ktra znajdowaa si na lewo od wejcia, stay trzy szare skrzynki zamykane od gry. Przez rodek pomieszczenia, na pododze, pooone zostay kawaki dywanw.
- Cholera! - rzek Cassidy. - Tu jest co nie tak!
- Zauwaye - zapyta Korn. - e gosy ucichy kiedy tu weszlimy?
- No. Ciekawe co jest w tych skrzynkach.
- Uwaaj, to moe by puapka! - zauway Korn.
  Syszc to, Cassidy byskawicznie wypali dwururki, prosto w jedn ze skrzynek, a garcie rutu jakie siay jego naboje, podziurawiy skrzynk na sito.
- Ta chyba nie jest puapk. - powiedzia z lekkim umiechem.
- Dobra! - tribal powstrzyma go przed kolejnymi strzaami. - Sprawdmy je.
  Obaj ruszyli w kierunku skrzynek ale gdy tylko postawili kroki na strzpach dywanw, natychmiast poczuli jak trac grunt pod nogami a chwile pniej upadek i znaleli si w zaciemnionym podziemnym pomieszczeniu. Usyszeli jak bro, ktra wylecia im w momencie upadku, poturlaa si z trzaskiem.
  By to rodzaj jaskini, ale raczej wykopanej przez ludzi. Bya tu jaka ciana a w niej drewniane drzwi. Zrobio si jakby janiej i ich uwag przykuy lufy dwch shotgunw skierowane w ich stron. Dopiero pniej zauwayli e bro trzyma mczyzna i kobieta.
- Nie rusza si - zakomenderowa mczyzna - a nikt nie zginie!
  Korn spoja na Cassidiego ktry nerwowo spoglda raz na mczyzn a raz na lecego dalej shotguna. Plemieniec pokrci zakazujco gow.
- Pujdziecie z nami! - znw rozkaza mczyzna.

  Podziemna komnata do ktrej ich przyprowadzono przypominaa jak stowk lub bar. W cianie przeciwlegej do wejcia, znajdoway si kolejne drzwi. Zasaniaa je wysoka posta w czarnej, skurzanej kurtce i blond wosach. Dwoje stranikw stao po obu jego stronach. Mczyzna przez chwil sucha relacji stranika, bezustannie patrzc z yczliwym umiechem na Korna i Cassidiego. Po chwili nieznajomy mczyzna przerwa opowie stranika machniciem rki.
- Jestem Vegeir, przywdca Slags. - rzek nieznajomy w skurzanej kurtce. - Witajcie w naszej siedzibie!
  Korn kiwn gow na przywitanie. Nastpnie spoja na Cassidiego, mierzcego Vegeira nieufnym spojeniem. Przywdca Slagsw niezareagowa.
- Nie zdaa nam si mie goci. - zapyta. - A nieproszeni nie s mile widziani.
- Widziaem - odpowiedzia Korn, majc na myli ubrania wypchane szcztkami brahminw.
- Trupy ktre z pewnoci widzielicie na zewntrz, nie byy naszymi ofiarami. - umiechn si Veger. - Dopki tu nie trafilicie, nikt nie wiedzia o naszym istnieniu a kuky wietnie speniay swoje zadanie odstraszania nieproszonych goci. Niestety teraz kiedy tu trafilicie, nasze bezpieczestwo jest zagroone.
  Na twarzy Vegeira pojawi si dziwnie nieprzyjemny umiech. Cassidy ktem oka spojrza na bro stranika stojcego tu obok niego.
- I to bardzo zagroone! - rzek.
  Nim ktokolwiek zdy zauway, barman z pobrotu kopn stranika w zgicie kolan a rk trzasn go w klatk piersiow. Hounting Rifle trzymany przez stranika, sam wypad mu z rki. Cassidy uchwyci upadajc bro i przeadowywujc wycelowa w Vegeira.
- Cassidy!!! Nie!!! - wrzasn Korn.
  Gar rutu wypluta z shotguna drugiego stranika, udeya w kompozytow zbroj barmana. Odrzut by tak wielki e Cassidy przelecia przez drewnian cian i znalaz si na zewntrz pomieszczenia. Pocz silnego kopniaka w twarz a nastpnie w brzuch. Nie dziery ju w rku broni. Gapie zamieszkujcy jaskni zbiegli si a wielu z nich wydobyo bro, wycelowujc j zarwno na Cassidiego jak i na Korna. Kilku stranikw wci obijao lecego barmana, ktry skuli si i powoli traci przytomno.
- Czego od nas chcesz? - zapyta Korn.
- Przybylicie tu by nas pozabija! - rzek zdenerwowanym gosem Vegeir. - Jeli chcesz y, mw prawd tribalu.
  Korn zdziwi si, widzc e nawet stalowa zbroja jak nosi, nie ukrywa jego pochodzenia.
- Nie strasz mnie mierci Vegeir! - w oczach Korna pojawia si zo. - Nie strasz! Bo jestem na ni przygotowany lepiej ni ty! Powiem po co tu przybylimy. Ale zostawcie w spokoju mojego kompana.
  Przywdca Slagsw kiwn rk na stranikw wci okopujcych barmana. Cassidy ledwo si rusza i wci lea. - Przysa nas Jo z Modoc. - Zacz Korn. - Chcia wiedzie co dzieje si na tej farmie. Chcia wiedzie dlaczego sycha tu dziwne gosy i dlaczego na palach powbijane s trupy. Nikt nie wie o tym e pod farm yj ludzie i nie tylko... - Korn spoja na gapicego na niego Ghula. - Mieszkac Modoc koczy si ywno. Ich jedyn nadziej jest ta farma. Ale skd maj wiedzie e trupy to tylko kuky z brahminich szcztkw a dziwne gosy nawiedzajce to miejsce, to tylko wasze gosy doskonale syszalne na zewntrz.
  Wszyscy Slags, wyranie osupieli a na Korna spojeli z wyranym podziwem. Vegeir umiechn si.
- Jeste inteligentny. - rzek. - Mysl e mier twoja i twojego przyjaciela nie bdzie nikomu potrzebna. Jak ci zw?
- Na imie mi Korn.
- A twj kompan ma na imi Cassidy jak zdyem usysze?
- Tak.
- Pytae czego od was chc? Z pocztku chciaem wam zaproponowa zostanie z nami lub mier. Gdy twj kompan zaatakowa stranika, to pomylaem e jestecie grasantami lub raidersami. Ale okazao si e jestecie wyjtkowymi ludmi, jakich si w tych czasach nie spotyka. Okazao si e chcecie pomc innym. Dlaczego?
  Korn przez chwil milcza.
- Jo ma dla mnie informacje ktrych poszukuj. - odrzek.
- By moe i ja mam jakie informacje ktrych poszukujesz? - zapyta przyjanie przywdca Slags.
- Musz znale GECK, przedwojenne urzdzenie znajdujce si w zestawie kadej z krypt.
  Vegeir spoja przez chwil na Slagsw. Nastpnie zamyli si przez dusz chwil, powodujc nastanie denerwujcej ciszy.
- Przykro mi Korn. - odezwa si wreszcie. - Nie potrafi ci pomc w tej sprawie. Wiem jednak jak moesz pomc Modoc.
- Powiedz mi wic. - powiedzia Korn.
- Widziae kuky udajce trupy. Zauwaye te, e s zrobione ze szcztkw zdechych brahminw. Te brahminy byy chore. Wiele z tych na grze jest chorych. A my jestemy chorzy razem z nimi. W Modoc koczy si ywno, a nam skoczyy si ju medykamenty. Potrzebujemy kogo kto dostarczy wiadomo od nas do przywdcy w Modoc i przekae mu e zgodzimy si wymieni ywno za lekarstwa.
- Takim przywdc w Modoc, jest wanie Jo. - rzek tribal.
- Jeste dobrym czowiekiem Korn. Zrobisz dla nas to czego potrzebujemy zarwno my jak i Modoc?
  Tribal spoja przez chwil na Cassidiego, ktremu kto pomg wsta. Barman mia strasznie poobijan twarz i ledwo trzyma si na nogach.
- Zanios twoj wiadomo Vegeir. - zgodzi si Korn.

  Czerwone wdzianko Jo - przywdcy Modoc - nie kontrastowao z kolorem jego skry. Jo by czarny, ale w tych czasach rasizm zwiazany z kolorem skry prawie nie istnia. Wyjtek stanowiy ghule i mutanty. Ale ani ghuli ani mutantw, w Modoc nie byo.
- Jak masz pewno e te ciaa nie s prawdziwe? - Jo jak zwykle w takich rozmowach, przybra nieufny ton gosu.
- Cakowit! - odpowiedzia Korn. - Ciaa ktre widzielicie, to tylko kuky zrobione z ubra wypchanych resztkami cia brahminw.
- A te gosy?
- Ju ci mwiem Jo! To ich rozmowy. Kiedy rozmawiaj to dwik wydostaje si na powierzchnie przez szyb ktrego ujcie jest w jednym z pl.
- Jako nie ufam tym Slags, Korn. Wygld twojego kumpla te wpywa na moje zaufanie.
- To nic wielkiego. - milczcy od pocztku rozmowy Cassidy dezwa si chrapliwym gosem. Jego twarz bya ju w nienajgorszym stanie, ale pod oczami wci znajdoway si siniaki. - Troch zaszalelimy i... zday si wypadek.
- Ach tak? Niewane. Skoro tak bardzo im ufacie, to powiem wam co jeszcze, co waciwie powinienem by powiedzie wam na pocztku.
- Mianowicie? - tribal spoja na niego pytajco.
- Nasz przyjaciel i byy mieszkaniec Modoc, Karl, przeprowadzi si jaki czas temu do Ghost Farm i tam zamieszka. Ktrego dnia powrci do nas krzyczc co o gosach i duchach. Wszyscy go wymialimy wic po kilku dniach powiedzia e wraca na farm, i tak jak mwi tak zrobi. Wiele dni mijao, a on si nie odzywa. Wybralimy si wic tam i co zobaczylimy? Trupy zmasakrowanych ludzi ponabijanych na pal, a Karla ani ladu. Jak tylko usyszelimy dziwne gosy, to od razu zwialimy.
- Jo!! Ju ci tumaczyem...
- Wiem! Wiem! Wiem! Ale ty nie rozumiesz Korn. Jeeli te trupy to kuky a gosy to jakie tam gadki tych Slags, to gdzie jest teraz Karl?
- Tego nie wiem Jo.
- No wanie. Dlatego moje zaufanie nie jest zbyt due. Modoc umiera. Jeli nie zdobdziemy rda ywnoci, to czeka nas zagada.
- Nie bardzo rozumiem co zamierzasz. - odpowiedzia tribal obdaajc Jo dziwnym spojrzeniem.
- Zbior grup uzbrojonych ludzi, i razem wybierzemy si do Ghost Farm by wypdzi Slags, z ich podziemi.
- Jak to? - zapyta Korn. - Z tej historyjki, ktr opowiedziae, wynika e Slags, byli pierwsi na Ghost Farm, i to pierwsi przed Karlem. Dlaczego chcesz ich powybija?
- Masz racj. Ale gdzie w takim razie jest Karl. Posuchaj, my potrzebujemy ywnoci. Albo oni, albo my. Taki jest podek obecnego wiata. Jeli chcemy przey, to musimy przesta przejmowa si innymi.
- W takim razie ja take nie powinienem by si przejmowa wami i nie wykonywa dla was tego rekonesansu.
- Robuie to w zamian za informacje o...
- A gdyby Karl si znalaz? - niespodziewanie wtrci Cassidy.
  Jo zastanowi si przez moment.
- Wtedy - podj po chwili. - By moe dogadabym si z Ghost Farm. Ale ty nic nie zrozumiae. Karl nie yje. Zamordowali go Slags i zamierzamy go pomci.
- Jak masz pewno jego smierci? - zapyta Korn.
- Jestem tego pewny tak samo jak, ty tego e ciaa na farmie duchw nie naleay do ludzi.
- Daj nam czas, a znajdziemy Karla. - rzek Cassidy.
- Co takiego? Chyba artujecie. Modoc potrzebuje rzywnoci. Nie mamy czasu na takie zabawy.
- Zastanw si Jo. - rzek spokojnie tribal. - By moe powybijasz Slags, ale wielu twoich ludzi moe zgin w tej walce.
- Nie obchodzi mnie to! Zgin by y mogli inni. Ju ci to tumaczyem. Ofiary si zdaaj.
- Nawet jeli ofiar mgby by ty?
- Nawet wtedy.
- A jeli ofiar byby Karl?
- Jak to? - Jo spoja ze zdziwieniem na Korna.
- Zastanw si. - powtrzy tribal. - Jeli Karl to jeden ze Slags?
- Co?
- No wanie Jo. - wtrci Cassidy. - Mwie e koczy si wam ywno, a wic jeszcze jej troch macie.
- Dobrze!!! - przywdca Modoc przybra grony wyraz twarzy. - Daje wam trzydzieci dni na odnalezienie Karla. Ale po upywie tych trzydziestu dni zaatakujemy Ghost Farm i wybijemy wszystkich Slags a wy nie bdziecie ju mile widziani w Modoc.
- W podku Jo. Znajdziemy Karla i przyprowadzimy go tutaj w cigu trzydziestu dni.

  Zdziwili si gdy ponownie ujeli pola Ghost Farm. Wzd wydeptanej drki nie znaleli nawet ladu po palach, kukach i szcztkach brahminw. Uporczywy smrd prawie znikn. Najbardziej zdziwi ich jednak Vegeir gdy tylko znw znaleli si pod ziemi.
- Karl opuci farm ju do dawno temu. - rzek przywdca Slags. - Mieszka troch czasu na powierzchni, ale widocznie wystraszyy go nasze dziaania. Po tym gdy opuci Ghost Farm, powbijalimy te pale i zrobilimy uky. Dlaczego go szukacie?
- Dostarczylimy twoj wiadomo do Jo, w Modoc. - odpowiedzia Cassidy.
- Naprawd? I jak brzmi odpowied? Czy Modoc zechce z nami chandlowa?
- Niezupenie. - powiedzia Korn. - Jo uwaa e zamordowalicie Karla. Chce was wszystkich pozabija.
- Co takiego?! - zapyta przywdca Slags. W podziemnym pomieszczeniu uczyniy si nagle rozmowy i szmery. - Dlaczego mielibymy go zabija? Karl nie wiedzia o nas. Nie stanowi dla nas zagroenia.
- W podku. Ja ci wierze, ale Jo nie bardzo.
- Wic chc nas std wykurzy?
- Jest pewna nadzieja. Jo da nam trzydzieci dni na znalezienie Karla. Gdy te dni min, Jo zbierze watach zabijakw w Modoc, i przybd tu by was zabi.
- A wy zgodzilicie si znale Karla. I dlatego tu przyszlicie, tak?
- Tak. Nie wiesz gdzie Karl mg si uda?
- Zastanwmy si. - Vegeir zamyli si na chwil. - Najblisze miasta to Voult City i Den. To pierwsze to nienajleprze miejsce dla kogokolwiek kto nie pochodzi z krypty.
- Wiem co o tym. - wtrci Cassidy.
- Za to Den - kontynuowa Vegeir. - to siedziba za. Ale jeli nie pi si na ulicy, to mona tam jako wyy. W Voult City jest z tym troch trudniej. Tak czy inaczej, w obu miejscach szerzy si niewolnictwo, pod t czy inn nazw.
- Cholera! - zakl Korn. - Sam nie wiem. Myl e Karl udaby si raczej do Den, bo mgby pomyle e w ten sposb bdzie dalej od "duchw".
- Zrobisz jak zechcesz. Ale i ja wybrabym Den. Lepiej uwaajcie tam na siebie. - Vegeir ucisn do Kornowi a po chwili Cassidyiemu ktry wida, zapomnia ju jakie lanie spucili mu Slags.
- Dziki Vegeir. Wrc tu gdy ju przyprowadz Karla do Modoc. - rzek na poegnanie tribal.
- Zaczekaj jeszcze chwil. - Vegeir odwrci si i z niewielkiej szafki stojcej pod cian wydoby obwinity w szmat czarny, niezakurzony, Combat Shotgun. Bro wygldaa jak prosto z fabryki, cho z pewnoci tak nie byo. Przywdca Slags wrczy bro Kornowi. - Masz! Droga do Den nie jest bezpieczna.
- Nie wiem czy mog to przyj Vegeir. Ta bro przyda ci si jeli zawiod i dojdzie do walki midzy wami a Modoc.
- Daj ci t bro by tej walce zapobieg. Zwrcisz mi j po powrocie.
- A ty! - przywdca Slags umiechn si do Cassidiego. Wycignl z kieszeni dwa granaty rczne i poda je barmanowi. - Zwrcisz mi zawleczki.
- Moesz by pewien. - Cassidy rozemia si rzyczliwym miechem.

  Z Ghost Farm do Den, naleao i na zachd przez wszechobecne gry i skay. Kilkanacie mil na poudniowy-zachd od farmy, znajdowao si Modoc, wic leao prawie na drodze do Den. Korn celowo wybra podr przez Modoc, by powiedzie Jo, e Slags nie zabili Karla. atwo jednak domyli si e reakcja przywdcy Modoc nie bya zadowalajca.
  Korn nie rozczarowa si. Przewidywa tak reakcj czy raczej by pewien e taka bdzie. Chcia jednak sprbowa jeszcze raz przekona Jo e Slags nie s winni mierci Karla, o ile ten rzeczywicie nie y.
  Nie widzc nadzieji na inne rozwizanie caego problemu, bezzwocznie wyruszyli w kierunku Den.
  Tribal zna ju okolic ale droga i tak nie naleaa do najatwiejszych, ze wzgldu na palce soce, mnog ilo przeszkd grskich i przede wszystkim czychajce w ukryciu potwory lub - co gorsza - ludzi. Owszem, potwory stanowiy spore zagroenie, ale w tych okolicach to ludzie stanowili jeszcze wiksze. To w pobliach Den grasowali przeklinani przez wszystkich tribalw, handlarze niewolnikw z Gildi Niewolnikw Metzgera.
  W nocy adko spali. Raczej starali si odpocz z otwartymi oczami, ze wzgldu na syszane w nocy dziwne odgosy. Nie byy w tych regionach niczym nadzwyczajnym. Sycha je byo w caej Kaliforni, jeli nie na caym wiecie. Kadej nocy mieszkacy przernych powojennych miast, zamykali okna i ryglowali drzwi w obawie przed tajemniczymi stworami wydajcymi piekielne krzyki, jki i ryki. Noc spdzali rozmawiajc.

- Korn? - rzek pytajco barman.
- Sucham. - odezwa si gos tribala, wpatrzonego w gwiazdy.
- Czego tak naprawde szukasz? A raczej, szukamy.
- Naprawde chcesz to wiedzie?
- Naprawd.
- Moje plemie mieszka w maej wiosce, Arroyo. Prawie nad wybrzeem. A ja zostaem wybrany, by znale dla nich pewien bardzo cenny przedmiot.
- Ten GECK?
- Tak. - zdzwi si Korn. - Skd to wiedziae?
- Przecierz mwie to Vegeirowi.
- Rzeczywicie. Ale mylaem e tego nie usyszae. Strasznie ci tam pobili.
- To nic wielkiego. - przyzna twardo Cassidy. - W Voult City, do mojego baru wpado kilku goci pod dowdztwem tego drania, sieranta Starka z Corections Center. Zdemolowali mj bar i sobie poszli. Slags mieli przynajmniej powd. Dlatego si tym nie przejem. Ale opowiedz mi wicej o tym urzdzeniu.
- Widzisz... Mj przodek pochodzi z jednej z krypt, z krypty 13. Okoo osiemdziesiciu lat temu, uratowa swoj krypt i niezy kawa wiata.
- A co takiego zrobi? - spyta wyranie zainteresowany Cassidy.
- No c. W krypcie 13 uszkodzony zostao urzdzenie o nazwie Water Chip. Urzdzenie to byo odpowiedzialne za filtrowanie wody w krypcie. Nadzorca wybra z pord jej mieszkacw, jednego ktry zgodziby si znale nowy Water Chip. Tym kim by mj przodek.
- I znalaz go?
- Oczywicie. Ale to nie wszystko. W czasie poszukiwa natrafi na niebezpieczne mutanty, pragnce zapanowa nad wiatem i zmienia ludzi w bezmylne zielone monstra. Zaatwi z nimi spraw, zabijajc ich przywdc, Wadc.
- Zaczekaj... - Cassidy zastanowi si przez chwil. - Chyba syszaem t histori. Ale mylaem e to legenda. Przez wiele lat nazywan j Legend Krypty 13.
- To dna legenda Cassidy. - zapewni kompana Korn. - Starsza mojej wioski, wielokrotnie opowiadaa mi o moim przodku i jego heroicznych czynach. To on jest zaoycielem naszego plemienia i naszej wioski.
  Przez chwil rozmowa umilka. Cassidy zastanawia si czy to o czym mwi Korn, nie byo jedynie kolejnym wierzeniem naiwnego tribala. Ale z drugiej strony dziwio barmana to, e Korn tyle wiedzia o legendzie ktr prawie zapomniano.
- Korn? - znw pytajco zawoa.
- Sucham.
- Dlaczego poszukujesz GECK?
- Poniewa Arroyo umiera. Dzieci choruj, brahminy umieraj. Gleba jest silnie skarzona a roliny s niebezpieczne. Potrzebujemy GECK by uzdrowi gleb i ponownie wprowadzi ycie do naszego plemienia.
- Czy wiesz gdzie szuka tego urzdzenia?
- GECK znajduje si w kadej z krypt. Pytaem McClure'a w Voult City, ale powiedzia e swj GECK ju zurzyli. Dlatego poszukuj Krypty z ktrej pochodzi mj przodek. Poszukuj Krypty 13. Jest jednak jeden czowiek ktry moe mi by pomocny w tych poszukiwaniach. Nazywa si Vic i jest handlarzem. Prawdopodobnie wie gdzie znajduje si Krypta 13.
- Ciesze si e ju wiem po co za tob poszedem. Dobrze jest znw podruowa. ycie w Voult City, powodowao u mnie wody odka.
- Jeli nie chcesz, nie musi ze mn podruowa Cassidy.
- Ale chc. Podoba mi si ycie na szlaku, a twoja misja, stanie si od tej pory moj misj Korn. Chc eby wiedzia, przyjacielu, e jestem dumny e podruuj z tob. Dziki temu stan si czci wspaniaej historii, ktra rozpoczea si w Krypcie 13.
- Ju jeste jej czci, przyjacielu.

- Jasna holera! - zakl Cassidy. - mija ju dziesity dzie podry i nic nie wskazuje na to e zbliamy si do tego cholernego zadupia.
- Oznacza to e mamy jeszcze pi dni eby dotrze do Den. - rzek uspokajajco Korn. - A potem kolejne pitnacie dni na powrt do Modoc.
- We jednak pod uwag, e w drodze powrotnej towarzyszy bdzie nam wystraszony przez "duchy" farmer.
- Rzeczywicie. Nie pomylaem o tym. A wic tracimy sporo czasu tymi postojami.
- Co masz na myli? - zapyta zdziwiony barman.
- To, e jeli w cigu nastpnych dwch dni na choryzoncie nie pojawi si Den lub cokolwiek co wiadczyoby e si do Den zbliamy, to bdziemy musieli i take w nocy.
- Dobra! - zgodzi si, cho nie chtnie Cassidy. - Ty tu dowodzisz.

  Gdy po dwch dniach stanli na wysokim wzgrzu, ich oczom ukazao si Den, daleko na choryzoncie. W rodku gruzowiska jakie Den stanowio, widianiaa wiea maego kocioa ktry si tam znajdowa. Dokoa wznosiy si sterty gruzu i zamieszkae pozostaoci budynkw. Dalej za gruzami, byszczay blachy zomowiska.
  Nie oznaczao to jednak koca podry. Mimo i przebyli ju kraniec pasma grskiego, nazywanego dawniej Sierra Nevada, to na ich drodze stao jeszcze przebycie sporego kawaka terenu, poronitego odrastajcym po wojnie lasem i zamieszkujcymi go kreaturami, lub - co gorsza - grasujcymi tam chandlaami niewolnikw.
  Wiekszo, jeli nie cao, lasw zostao zniszczonych w czasie wojny. Ale od wojny mino wiele lat, tak wic lasy od nowa si rozrastay. Czciej jednak spotykao si szaro uwidych pniw i  pustyni, ni ziele i brz wspaniaego lasu. Prawdziwie zielone drzewa spotykao si chyba tylko w Voult City i NCR. Tymczasem w chorych, powojennych lasach Kaliforni, spotykao si przerne potwory, od Radskorpionw do krwiorzerczych rolin. Tu jednak, w pobliu Den, to nie ich naleao si obawia. Wiksze zagroenie stanowili tu slaverzy - owcy i zarazem chandlarze niewolnikw. Wizao si to oczywicie, z bliskoci ich posterunku, ktry znajdowa si w Den i nazywany by wdzicznie "Gildi Handlay Niewolnikw" lub "Gildi Slaverw".
  Slaverzy, polowali w tych okolicach, doskonale wiedzc o zamieszkujcych je dzikusach i ich plemionach, bo to najczciej oni stawali si niewolnikami. Dlatego te, Korn nienawidzi slaverw bardziej ni kogokolwiek.

  W poudnie, czternastego dnia podry, znaleli pozostawiony przez kogo szaas. Przypomina troch namiot, ze wzgldu na nacignite na gaziach kawaki dziurawego putna. Z pewnoci byo to schronienie jakiego tribala. Tak przynajmniej uzna Korn, a kto inny jeli nie tribal mg by tego pewien. Schronili si z radoci, by cho troch odpocz po nocnym marszu i na dodatek zasoni si przed palcym socem. Byli do wyczerpani, cho w nocy zarzyli stimpacki by zyska troch energii, tak potrzebnej do nocnego marszu. Mimo to, sami nie zauwayli jak szybko usnli w ciszy i spokoju, jakie panoway dookoa.
  Obudziy ich okrzyki zoci i czyj pacz. Cassidy ockn si pierwszy. Podsuna si do ciany szaasu i spoja przez dziur w putnie, w kierunku z ktrego dochodziy dwiki.
- Rusza si mierdziele!! - dar si mczyzna z metalow pak w rku. - Bo by poukrcam!! Wy prymitywne wiry!!
  Tu obok mczyzny szo picioro uwizanych za rce, obdartych dzieci a na ich szyjach wisiay naszyjniki z biaej, zwierzcej koci. Mczyzna trzymajcy metalow pak, wymachiwa ni i szarpa za powrz. Wygldao na to e slaver samotnie prowadzi pitke dzieci.
  Wtedy wanie barman zauway idc za dziemi, wysok kobiet. Wosy miaa przycite krtko, do samych uszu, a jej ciemnozielona zbroja kompozytowa, przypominaa t ktr mia na sobie Cassidy. W doniach kobiety spoczywa karabin snajperski.
- Korn! - Cassidy szturchn tribala niedelikatnie. - obud si! Korn!
- Co jest? - zapyta wyrwany ze snu.
- Spjrz tam. - barman przycign Korna do dziury w putnie. Tribal przetar oczy i wyja przez wydart luk w putnie. Momentalnie poapa si co jest grane.
- Ten facet ktry tak wrzeszczy ma przy kostce jaki pistolet. - zauway Korn.
- Skd wiesz? - Cassidy zdziwi si, gdy przy obu kostkach mczyzny, nie byo widac adnej broni.
- Kiedy stpa, zarzuca praw nog. - wytumaczy tribal. - Pewnie ma go schowanego pod nogawk.
- Dobra! - barman spoja na wasn bro trzyman w rkach. - Ja zajm si t wysok dziwk! A ty zaatw tego faceta.
- Tylko uwaaj na te dzieci.
- Zaatwione.
  Obaj wyskoczyli z szaasu jak dwie potne byskawice. Raona grubym rutem kobieta, runa na ziemi jak trzanita taranem. Zbroja obronia j przed zranieniem ale nie przed powalajcym uderzniem rutu w poszycie pancerza. Bezwadnie uderzya si w gow wsn broni. Nie ruszaa si wicej.
  W tym samym czasie, Korn wykona udany unik przed lecc w jego kierunku metalow pak, ktr rzuci w niego slaver. Tribal wyprostowa si i strzeli prosto w rk meczyzny sigajc po pistolet w kaburze na kostce. Slaver jkn i zapa si za krwawic koczyn. Korn znw przeadowa i celowo strzeli w pier przeciwnika, osonit przez pancerz zbroji. Mczyzna wywrci si i pad na plecy. Spoja na Korna.
- Ty sukinsynie!!! - wrzasn. - Jestes ju trupem!!! Metzger ci zabije ty zasrany bohaterze!!! Zapacisz za...uuhhh - zamilkn gdy tylko Korn odda ostatni strza.
  Cassidy wycign z rki n. Chcia rozci sznury krpujce donie porwanych dzieci. Niestety wystraszeni dzikusi odsunli si od niego z krzykiem.
  Korn podszed i uklekn przy jednym z nich. Zza dziwnego oto-niebieskiego konierza ktry cay czas wystawa mu z pod stalowego pancerza, wydoby niewielki naszyjnik ze zwierzcymi komi, podobny do tych ktre miay porwane dzieci.
- Nie trzeba si mnie ba. - powiedzia spokojnym gosem, umiechajc si. - Jestem taki jak wy.
  Spokojnie doby noa z cholewy buta i rozci trzymany w rku sznur. Potem kolejne, a uwolni wszystkie dzieci.
- Jestecie wolni. - rzek, po czym schowa n.

  Soce chylio si ju ku zachodowi, gdy obaj przyjaciele dotarli do wschodniej czsci Den. Korn pozna niewielki koci, i znajdujacy si obok cmentarz na ktrym o dziwo nie przybyo grobw od jego poprzedniego pobytu w tym miejscu. Mnstwo menelw znw szlajao si po okolicy.
- Lepiej si tu pilnujmy. - ostrzeg barman. - Syszaem rne opowieci o tym miejscu. Ale i tak nie zamienibym go na Voult City i ycie "sucego".
- Ja chyba te. - zamia si Korn. - Tu przynajmniej nie ma Lynette. Jakie to jest bezczelne babsko!
  Obaj wybuchnli miechem. W Voult City, tego typu arty nie byy mile widziane, a na pewno nie byy zdrowe dla samego siebie. Tutaj mogli si wic mia do woli. Zarozumiaa Lynette, nazywana Pierwszym Obywatelem Voult City, bya bardzo wybuchowa i arogancka. Oczywicie okrelenie Pierwszy Obywatel, nie znaczyo w Voult City nic innego jak gowny Przywdco-tyran. Niestety, struktura spoeczna miasta bya bardzo krzywdzca dla zewntrza. Ci ktrzy przez lata yli w krypcie, stanowili po jej opuszczeniu, obywateli Voult City. Natomiast ci z poza krypty nie byli tam mile widziani chyba e robiono apank i porywano zewntrznych, by zrobi z nich... sucych. Tak jest. Tak pikn nazw wymylia Lynette dla niewolnictwa a nazwanie sucego niewolnikiem w obecnoci wadzy, byo bardzo niemile widzianym pomysem. Dlatego te trudno dziwi si, e zewntrzni nie bardzo lubili to miasto.
  Gdy ju przestali si mia, Cassidy wskaza rk, z wyranym podniecenim, na zomowisko i stojcy na nim pordzewiay, szary samochd.
- Hej! - zawoa na Korna. - Widziae ten wzek?
- Widziaem jak tu byem poprzednim razem. - odpowiedzia obojtnie tribal. - I co z tego. Nie jest na chodzie. Zreszt kosztuje dwa tysice.
- A tyle? A czyj jest wasnoci?
- Smitty nadzoruje to zomowisko, wic samochd naley do niego.
- Skoro wz nie jest na chodzie, to czemu chce go sprzeda? - zapyta zdziwiony barman.
- Bo wystarczy e bdziesz mia kontroler wtrysku oraz do wiedzy by go zamontowa, i pojazd bdzie sprawny.
- A on nie ma takiego kontrolera?
- Niestety nie.
  Cassidy wci przyglda si pojazdowi i zastanawia si jakby to byo fajnie nim pojedzi. Spoja na Korna wpatrzonego w jakiego barczystego dzikusa z motem w rku, wchodzcego do kasyna Becky.
- Sulik? - zdziwi si Korn.
- Co? - zapyta Cassidy - kto?
- Chomy do tego kasyna.
  Kasyno miecio si w zrujnowanym budynku. Tak samo zrujnowanym jak cae Den. Postawionych tutaj kilku zabrudzonych stow do ruletki, pilnowao kilkunastu stranikw. W kcie pomieszczenia znajdowa si may barek za ktrym staa moda kobieta. Dzikus, nazwamy przez Korna Sulikiem, sta przy barku. Korn i Cassidy podeszli do niego.
- Widzimy ci, stary przyjacielu. - rzek spokojnym gosem dzikus nawet nie spogldajc na zbliajc si dwjk.
- Dobrze ci widzie Sulik! - przywita si tribal.
- Ciebie te. - dzikus dopiero teraz odwrci gow i spoj na Korna i jego towarzysza. Cassidy osupia gdy zobaczy nos Sulika, przebity t, podun koci. - Widz e przyprowadzie nowego przyjaciela.
- Nazywam si Cassidy. - przywita si rzyczliwie barman.
- Moje imie Sulik. - dzikus odpowiedzia rwnie yczliwie. - Mio nam ci pozna.
- Nam? - zdziwi si barman.
- Sulik ma zdolnoci kontaktowania si z duchami. - wytumaczy Korn. - One s zawsze z nim.
- Aha. - Cassidy udawa e w to wierzy. - to...chyba dobrze.
- Co tutaj robisz? - Korn zwrci si do Sulika. - Prosiem ci by zosta przez pewien czas w Klamath.
- Sulik sucha twoich rozkazw. - dzikus lekko ukoni si Kornowi. - Ale duchy powiedziay mu e tutaj znajdzie zdrajce Vic'a.
- Naprawd? Powiedziay ci gdzie dokadnie.
  Sulik znieruchomia na chwil. Zapatrzy si gdzie przed siebie. Trwao to chwil.
- Duchy nie chc mwi. - rzek w kocu.
- O czym waciwie mwicie? - wtrci si Cassidy.
- Ten Vic, o ktrym bya mowa - zacz tribal. - To handlarz przedwojennymi sprztem. Zna si na rnych urzdzeniach i potrafi je naprawia. Moe wiedzie gdzie znajduje si Krypta 13. Niestety nie wiemy gdzie dokadnie go szuka.
- Rzeczywicie - do rozmowy przyczya si niespodziewanie Becky, wacicielka kasyna i jednoczenie tutejsza barmanka. - Hanldarz o imieniu Vic jest w Den. Trzymaj go chopaki Metzgera. Jest teraz ich winiem.
- Skd to wiesz? - zapyta zdziwiony wiadomoci Korn.
- Widziaam jak go prowadzili.
- Nie mamy wic czasu do stracenia. - rzek Korn.
- Zaczekaj! - zatrzyma go Cassidy. - Przecierz przybylimy tu po Karla. Najpierw go znajdmy.
- Vic moe widzie gdzie znajduje si to czego ja poszukuj. To sprawa wiksza ni problemy Modoc i Slags. Ale ratowac jednych ludzi kosztem drugich nie jest zgodne z moim honorem i postanowieniami. Masz racj Cassidy. Znajdmy Karla. A potem zajmiemy si ratowaniem Vic'a.

  Cho Den stanowio tylko kilka resztek budynkw, a zamieszkujcy je ludzie nie byli zbyt liczni to na szukaniu wrd nich Karla zlecia im kolejny dzie. Menele pytani o farmera zwykle nie odpowiadali lub bekotali co w niezrozumiaym jzyku. Korn coraz czarniej widzia powrt do Modoc. Zacz odczwa e robi si za puno a Cassidy utwierdzia go w tym przekonaniu. Sulik nie by pytany w tej sprawie o zdanie bo pewnie i tak duchy nie powiedziayby mu nic mdrego.
  Pnym wieczorem, godni i zrezygnowani weszli do maego budynku ssiadujcego z cmentarzem. Na budynku wisia szyld podpisany: "Obiady Mamy". Takie chaso wryo i obiecywao bardzo wiele, ale wszyscy troje powanie zawiedli si syszc e serwowane s tu obiady ze szczrw. Zamiast wic je - jak to okreli Cassidy - "takie oblene wistwa", postanowili kupi butelk Booze i zapi ni zmczenie i melancholi.
  Po kilku mocnych, poczuli si lepiej. Wtedy posta, skryta przy stole stojcym samotnie w kcie, zbliya si do trjki przyjaci.
- Czy postawicie jednego bezrobotnemu farmerowi? - zapyta obcy.
- Pewnie! - zawoaa Cassidy. - Siadaj z nami.
- Dziki wielkie. - uradowa si nieznajomy.
  Obca posta ociale i z pewnym trudem przysiada si do ich stou. Praw nog, nieznajomy, mia najwyraniej zranion. Gdy usiad, do zamylonego Korna dopiero dotary sowa "bezrobotny" i "farmer".
- Jeste farmerem? - zapyta ranie tribal.
- Byem! - odpowiedzia nieznajomy. - do czasu a ....Ach! Niewane.
- Wrcz przeciwnie. - powiedzia powanie Korn.
- I tak mi nie uwierzycie. - Ostatnio zaczlimy wierzy w rne niesamowite rzeczy. - owiadczy barman.
- A w duchy wierzycie?
- Duchy nas otaczaj przyjacielu. - rzek kaniajc si Sulik.
- Mnie otoczyy niedawno. - powiedzia nieznajomy. - Mieszkaem na farmie koo Modoc i wtedy...
- Czy przypadkiem nie nazywasz si Karl? - zapyta niespodziewanie Korn.
- Tak. - odpowiedzia ze zdziwieniem nieznajomy. - Ale skd jest to wam wiadome.
- Przysa nas Jo z Modoc - rzek Cassidy. - Poszukujemy ci ju od dawna. Przybylimy tu by zabra ci z powrotem do Modoc.
- Jak to? - zapyta zdziwiony Karl. - Jak to zabra?
- Karl zrozum. Jeli nie wrcisz z nami do Modoc to zginie wielu dobrych ludzi.
- Ale ja uciekem z tamtd by schroni si przed duchami. Nie chc by znw przeladoway mnie na farmie. A moe ju s i w Modoc? Tam i tak nikt nie uwierzy mi gdy im powiedziaem dlaczego uciekem z farmy. Wszyscy si ze mnie miali. Nie chc do tego wraca. Duchy znw bd rozmawia ze sob w mojej obecnoci. Tutaj mnie nie znajd.
- Karl! - zawoal Korn. - Nie ma adnych duchw!
- Sulik nie wierzy w to co mwisz. - odezwa si wsuchany w rozmow Sulik.
- Chciaem powiedzie e na Ghost Farm nie ma adnych duchw. Pod ziemi, pod farm mieszkaj ludzie i ghule a nazywaj si Slags. To ich gosy syszae Karl. Wiemy bo z nimi rozmawialimy. Ukrywaj si tam przed wiatem ale brakuje im lekarstw. Tymczasem w Modoc zaczyna brakowa rzywnoci. Jo chce pozabija Slags bo uwaa e oni ci zamordowali Karl. Musi z nami wrci do Modoc. Jo da nam trzydzieci dni na znalezienie ci, ale mino ju pitnacie z nich. A czternacie stracilimy na podr. Musimy wraca czym prdzej.
- Wic mamy kolejne pitnacie na powrt. - powiedzia Cassidy. - Dlatego liczy si kady dzie. Do tego musimy jeszcze uratowa z rk slaverw pewnego handlarza o imieniu Vic.
- Karl. - znw zawoa tribal. - Pujdziesz z nami?
- Pujd. - odpowiedzia farmer. - Ale obawiam si e jest ju za puno.
  Odsun si na chwil od stou i podwin nogawk na prawej nodze. Oczom wszystkich ukazaa si skryta pod ni noga zabandarzowana pobrudzonym szarym bandarzem.
- Zaatakowao mnie stado Geckonw i byo by ju po mnie gdyby nie traperzy ktrzy na nie polowali. Miaem szczcie bo oni zwykle nie oddalaj si za daleko od Klamath. Tak czy inaczej, nie dam rady przej na piechot do Modoc w pitnacie dni. Nie dam rady nawet w trzydzieci.
- Cholera! - zakl Cassidy. - I co teraz? Nie zdymy, do jasnej cholery!
- Spokojnie! - uspokoi go Korn. - Wanie sobie co przypomniaem.
  Wycigna z plecaka jaki przedmiot i pooy go na stole. Przedmiot by wykonany z metalu i mia kilka czerwonych did.
- Czym jest ten artefakt? - zapyta Sulik.
- Czy to jest to co zdobye w Gecko od tego jak mu tam... - nie dokoczy pytania Cassidy.
- Skeeter. - dokoczy za niego Korn. - To on da mi to za skrzynk z narzdziami.
- A co to jest? - zapyta zaciekawiony Karl.
- To Fuel Cell Controler, czyli kontroler wtrysku paliwa. - wytumaczy tribal. - Ale ja nie mam pojcia jak go zainstalowa w tym pojedzie ktry znajduje si na zomowisku.
- Nie licz na mnie. - zaznaczy barman. - Ja jestem od brudnej roboty.
- Sulik nie wiedzie.
- Czarno widz nasz powrt do Modoc. - zauway Korn.
- A moe - Cassidy miesznie wyglda gdy myla. - Ten facet co nadzoruje to zomowisko, umiaby zainstalowa to co.
- Smitty. - tribal przypomnia sobie imie. - Owszem. On wie jak zainstalowa kontroler wtrysku, ale niestety kosztuje to dwa tysice. A my nie mamy nawet p tysica.
- Czekaj! - barman demonstracyjnie uderzy si rk w czoo. - Ten twj Vic! Mwie e potrafi naprawia rne urzdzenia. Moe bdzie te wiedzia jak zainstalowa kontroler wytrysku.
- Wtrysku! - poprawi go Karl.
- Jedno i to samo.
- Masz racje Cassidy. - pochwali go Korn. - Vic na pewno wie jak to zrobi. Ale ten pojazd i tak bdzie kosztowa. Jak si dobrze utargujemy, to Smitty obniy cen do tysica.
- Sam mwie e Vica trzymaj w zamkniciu slaverzy. Jak ich pozabijamy to sprzedamy ich bro, zbroje i cokolwiek tam bd mieli.
- Sulik widzi przyszo w tym planie.
- Niech bdzie. - zgodzi si Korn. - Nie mamy nic do stracenia, po za wasnym yciem. Nikt nie zrazi si do sw Korna, bo ycie w tych czasach nie byo wiele warte.
- Wic Sulik uratuje wreszcie swoj siostr? - zapyta zadowolony Sulik, ciskajc w rkach swj mot bojowy.
- Tak jest. Ale Karl zostanie tutaj do naszego powrotu.
- Dobrze. - zgodzi si farmer, zadowolony e nie musi bra udziau w adnej walce.
- W podku. - Korn wsta od stou. - Jutro uwolnimy Vica.

  Jedn, jeli nie jedyn, z zalet ycia w postnuklearnej Kalifornii byy przepikne poranki. Chyba nigdy wczeniej w adnym miejscu poranki nie byy tak adne jak tu i teraz. Szcztki budynkw i wszechobecny gruz nabieray jakiego specjalnego pikna w swej tragicznej brzydocie, gdy wspinajce si po bezchmurnym niebie soce zaczynao owietla, nigdy nie zasypiajc, powojenn Kaliforni. Noce byway zwykle chodne a dni upalne, wic jedynie eki poranek i zasypiajcy wieczr balansoway na tej granicy. Kady kto raz zobaczy taki poranek, zaczyna mie szacunek do potnych si przyrody, ktre nawet w tak zdegenerowanym wiecie, potrafiy stworzy naturalne pikno. A mieszkacy wci nie otwartych krypt, niech auj e jeszcze tego nie widzieli.
  Przy wejciu do Gildi Slaverw stao ju dwch stranikw. Zwykle stao ich tam wicej ale widocznie pozostali jeszcze nie wrcili z nocnej apanki po okolicach Den.
  Cassidy podszed do jednego z nich.
- Witaj brachu! - zawoa zbliajc si do stranika.
- Co ty za jeden? - burkn stranik. Drugi gono przeadowa bro, by zabrzmiao to jak ostrzeenie.
- Nikt wany brachu. - odburkn Cassidy tym samym tonem, jednoczenie wrzucajc jaki przedmiot przez nieoszklone okno budynku Gildi.
- Tak te mylaem - rzek stranik sigajc po nu noszony przy pasie.
  Dynamicznie wycign go i machn nim w kierunku garda barmana. Cassidy zblokowa i wbi mu w gardo jaki ostry przedmiot. Stranik wypuci n z rki i zapa si za cieknc krwi szyje. Barman wycign i pokaza przedmiot oczom rannego. Padajcemu stranikowi oczy wyszy na wierzch jeszcze bardziej ni przed chwil, gdy zobaczy e jego zabjca trzyma w rku stalow zawleczk granatu.
  Drugi stranik przymierzy si do strzau, gdy nagle pad uderzony w kark stalowym motem. Jego strzelba z trzaskiem upada na pozostaoci chodnika. Cassidy spoja na Sulika dzieracego mot w rku i z dum stojceo nad leacym stranikiem.
  Granat eksplodowa tak gono, e nawet menele ktrzy wasali si wrd ruin, i do ktrych zwykle nic nie docierao, zwrcili tym razem uwag na Gildi Slaverw. Budynek w ktrym miecia si gildia, zosta zbudowany po wojnie, wic wytrzyma wybuch.
  Korn i Cassidy wpadli do rodka pierwsi. Dopiero za nimi wskoczy przez okno Sulik wymachujc motem i krzyczc bojowe okrzyki swego plemienia. W przedsionku znaleli kilku strasznie poranionych slaverw, wrzeszczcych i bagajcych o smier. Po chwili, drzwi znajdujce si naprzeciw wejcia z hukiem otworzyy si i wypad z nich wysoki, ysy facet z shotgunem a zaraz za nim toczyli si nastpni.
  Cassidy, ktry by najbliej, wycign zawleczk od drugiego granata i zaczepi go o pas ysego.
- Potrzymaj! - zawoa i kopn go w klatk piersiow, wrzucajc w ten sposb spowrotem do pomieszczenia, a stojcych za ysym slaverw razem z nim. Zatrzasn drzwi.
  Budynek wytrzyma kolejny wybuch, ale ysy i jego ekipa z pewnoci nie. Sulik wywali drzwi jednym uderzeniem mota i tym razem to on wpad do pomieszczenia pierwszy. Na rodku spostrzeg ysego, bez jednej nogi i z kikutem prawej rki. Kompozytowa zbroja uchronia jego tuw od cakowitego unicestwienia. Mimo to, jego wycie i jki same mwiy, e wola nie mie wtedy tej zbroji. Wola zgin szybko. Wrzeszcza jak optany i wi si ostatkiem si.
  Spod przewrconego uka wypezo dwch ktrzy w por zdyli si pod nim schowa. Sulik podbieg do jednego z nich i trzasn go motem w brzuch z tak si e odrzucio go na drzwi do klatki ktre bez problemu zmieniy si w drzazgi.
  Twarz drugiego ocalonego, rozprysa si po cianie gdy Korn wywali w niego seri z Combat Shotguna.
  Tymczasem zamknici w klatce niewolnicy lali wrzuconego do nich stranika, nie okazujc ani krzty litoci. I bymoe susznie.
  Sulik z nadziej wszed do klatki by znale siostr. Chodzi i przyglda si opuszczajcym klatk, uwolnionym ju, niewolnikom. Tylko kilku z nich okazao wdziczno i ucisno do swoim wybawc. Reszta z radoci zapomniaa dlaczego s wolni. Mijali umierajcego ysego, plujc i okopujc go przy okazji.
  Cassidy, ktry stwierdzi e ,,nie chce by niehumanitarny'' zacz dobija wszystkich rannych slaverw, twierdzc e i tak nie da si im pomc. Nikt nie prostestowa. Barman nie dobi jedynie ysego.
- Gdyby wybra inny sposb ycia Metzger. - rzek Korn celujc w twarz ysego. - A teraz, tylko tyle mog dla ciebie zrobi.
  Jeden strza dobi przywdc Gildi Handlarzy Niewolnikw, nazywan te Gildi Slaverw. Tak skoczyo si niewolnictwo w Den.
  Tribal wszed do klatki i rozglda si za Viciem. Nie mia pojcia jak on wyglda ale starsza jego wioski opowiadaa o nim jako o grubym czowieku. A w klatce nie byo nikogo takiego. Wrcz przeciwnie, niewolnicy byli chudzi i wygodzeni. W kcie klatki, Korn zauway Sulika klczcego przy obejmujcej go modej, piknej, paczcej dzikusce.
  Ten widok go ucieszy. Zacz tskni za swoj wiosk i pozostawion rodzin i przyjaciomi. Jednoczenie pocz dum. Dum z tego kim si powoli staje. By dumny e to jego wybrano na plemieca ktry uratuje Arroyo od zguby. A kto wie? Moe nie tylko Arroyo.
  Pozostawi Sulika i jego siostr by mogli nacieszy si swoim spotkaniem. Sam wrci do przedsionka, gdzie Cassidy pali skrconego przez siebie papierosa. Trupy w przedsionku ju nie jczay a bro barmana leaa na stole tu obok niego.
- Nigdzie nie ma Vica? - zapyta Cassidy.
- Nie. - odpowiedzia Korn. - Slags te ju nie ma w takim razie.
- Pozostaje nam cieszy si tym co tu dokonalimy. - pocieszy go barman. - Zlikwidowalimy otcha niewolnictwa jaka si tu otworzya.
- Tak.
  Niespodziewanie rozlego si pukanie w jedne z drzwi ktre znajdoway si w przedsionku.
- Hej! - zawoa gos zza drzwi. - Jest tam kto?
  Cassidy pochwyci momtalnie bro, ale Korn rk wskaza mu e jest to zbdne.
- Kim jeste?!! - zapyta tribal. - Mam na imi Vic. - odpowiedzia gos. Oczy Korna zabysy. - Jestem handlarzem i mechanikiem. Moe mnie kto uwolni?
- Poczekaj! - zawoa Cassidy. - Odsu si od drzwi Vic.
- Zrobione!
  Barman bezbdnie wypali w zamek. Drzwi otworzyy si z hukiem i trzaskiem a ich kawaki posypay si dookoa. Do pomieszczenia wszed Korn.
- Czy jeste Vic z Klamath? - zapyta nieznajomego, otyego faceta stojcego przy cianie.
- Tak. - odpowiedzia z radoci Vic. - Tak to ja.
- Szukaem ci wiele czasu. Jestem plemiecem z Arroyo a na imie mi Korn. Czasami handlowaes z nasz wiosk prawda?
- Tak. Rzeczywicie. Mio mi cie pozna Korn.
  Tribal wycign z kieszeni niewielk, cynkow, niebiesk manierk z wybit na niej, t liczb trzynacie.
- Poznajesz to? - zapyta.
- Chyba tak. - odpowiedzia Vic.
- Sprzedaem wam t manierk.
- Wanie. Ta manierka pochodzi z krypty trzynastej. Czy wiesz gdzie jest ta krypta?
- Niestety nie. Kupiem t manierk od Eda, mojego przyjaciela z Voult City. Mog ci do niego zaprowadzi.
- Moe puniej. Ale twoja pomoc przyda si nam.
- Z radoci przycze si do ciebie. Szefie! Jestem ju stary, ale jak trzeba to potrafi przyoy z gun'a a naprawianie urzdze, i targowanie, te nie jest mi obce.
- O nie! - zawoa Cassidy. - I znowu wybieramy si do Voult City!
- To mj przyjaciel, Cassidy! - przedstawi barmana Korn. - Podruje ze mn od pewnego czasu.
  Tribal spoja na nadchodcgo Sulika i idc z nim dzikusk.
- A Sulika ju znasz.
- Sulik! - zawoa Vic cofajc si. - Nie patrz tak na mnie! To nie moja wina.
- Sulik ci wybacza! - rzek Sulik widrujc wzrokiem przestraszonego Vica.
- O! To wietnie Sulik! Naprawd! - Vic poda rk dzikusowi, a ten ucisn j tak silnie e handlarz zawy.
- Ale kara musi by. - umiechn si Sulik. Wszyscy zaczli si mia.

  Nie mieli wiele czasu, wic pozbierali bro i zbroje martwych slaverw i sprzedali je u Flicka, miejscowego handlarza broni. Za pienidze kupili samochd i uzbroili go w kontroler wtrysku, ktry zamontowa z radoci Vic. Jak sam mwi, lubi bawi si rnymi urzdzeniami.
  Pomogli Karlowi wej do pojazdu. Chcieli jeszcze tylko poegna si z Sulikiem, ktry postanowi najpierw odprowadzi swoj siostr spowrotem do swojej wioski.
- Powodzenia na pustyni Sulik. - powiedzia Korn. - Nie musi wraca do nas jeli nie chcesz. Nie jeste nikomu nic winien.
- Ale Sulik lubi twoje towarzystwo. - odpowiedzia dzikus. - Odprowadze siostre i wrce do was. Nie wiem tylko gdzie szuka.
- Jed na poudnie Sulik. Tam nas znajdziesz. A duchy niech ci prowadz.
- One zawsze pomagaj Sulikowi.
- Trzymaj si. - poegna si Cassidy. Im duej przebywa w towarzystwie tribalw, tym bardziej ich lubia.
- To do zobaczenia. - Vic take nie chcia uchybi ceremoni poegnania.
- Sulik egna swoich przyjaci.
  Cassidy sprawdzi czy ma wci zawleczki od granatw. Nie chcia zawie Vegeira.
  A jeli chodzi o prowadzenie pojazdu, to argumentem barmana by usi za kierownic pojazdu byo stwierdzenie e od dziecka marzy by pojedzi czym takim. Vic zna si na naprawie takich pojazdw ale nie mia pojcia jak je obsugiwa, dlatego nikt nie mia nic przeciwko temu by to wanie Cassidy by kierowc. Oczywicie barman take nie mia pojcia jak prowadzi si samochd, ale stwierdzi e to nie moe by trudniejsze ni jazda na brahminie. I Chyba nie myli si bo po kilku godzinach byli ju daleko od Den.

  Przejazd samochodem przez gry Sierra Nevada, nie nalea do atwych czynnoci, ale przynajmniej napotkanie raidersw czy przernych pustynnych potworw nie stanowio ewentualnej przeszkody. Pojazd bez wysiku potrafi si wspinac na cakiem strome wzniesienia i szybko wszyscy zrozumieli e by w doskonaym stanie jak na czasy ktre udao mu si przey. Uatwieniem w podruy stay si te pozostaoci po dawnej komunikacji, czyli liczne szosy ktre w niektrych miejscach byy w naprawde dobrym, przejezdnym stanie na dugich odcinkch.
  Noce spdzali w samochodzie, susznie uwaajc e jest to w bezpieczniejsze ni spanie na goej ziemi, gdzie zawsze mogo podpezn co czego by si nie spodziewali. Raz nawet jechali w nocy, bo przecierz ich samochd - Highwayman - mia do silne wiata. Byy one konieczne gdy nie byo peni ksiyca, bo w przeciwnym razie nie widzieliby kompletnie niczego. Niestety ich uywanie zurzywao sporo energii a pojazd w caoci dziaa na prd, nie pomijajc napdu. Vic zdecydowa e ze wzgldw oszczdnociowych lepiej nie jedzi noc.
  Byli teraz pewni e uda im si zaegna walk midzy Modoc a Ghost Farm. Mieli ze sob Karla i w cigu trzech dni przebyli ju prawie ca drog. Dlatego bardzo zdziwili si gdy znaleli si spowrotem w Modoc.

  Jo chwyci jedn rk strzalbe noszon w popularnej obecnie kaburze na plecach. Nie wycign jednak broni. Stranicy Modoc ktrzy zdecydowali si pj za Jo do Ghost Farm, take chwycili rkami za swoje gun'y.
- Ciesze si z powrotu Karla. - powiedzia powanie Jo, sadzajc Karla na krzele, obok siebie. - Ale przybylicie za puno.
- Jak to za puno, Jo? - zapyta zdenerwowany Casssidy. - Przecierz mino ponad dwadziecia dni. Zdylimy.
- Plany si zmieniy. - wycedzi sucho przywdca Modoc. - Rzywno ju si prawie skoczya. Podaem wam ze przewidywania.
- Skoro si zmienia - zauway Korn. - to najwyszy czas podj handel z Ghost Farm. Taka bya umowa. Znalelimy Karla i sam powiadczy ci e nikt nie zrobi mu krzywdy na farmie. Jedynie najad si strachu.
- Nie bdziemy handlowa ze zodziejami. Ta farma naley do nas i...
- Mylisz si. - twardo przerwa tribal. - Slags byli tam przed wami. Gdy Karl przyby na farm, oni ju tam mieszkali. A ty, gdy tylko dowiedziae si e w podziemiach Ghost Farm yj ludzie a nie duchy, zaplanowae wymordowa ich wszystkich by tylko zdoby rzywno dla Modoc. Ale oni s lepsi od ciebie. Oni chcieli wymieni medykamenty ktrych potrzebuj, w zamian za rzywno ktrej potrzebujecie wy.
- Zapominasz si chopcze. Chyba nie rozumiesz e w tych czasach nie ma miejsca dla sabych. Sabych wykaczaj silni by samemu mc przey. Kto martwi si o innych ten dugo nie poyje, bo za innych wyapie kulk. Teraz to i tak nie wane. Zaraz wyruszamy by powybija ich wszystkich i w ten sposb zapeni sobie byt.
- Nie pozwole na to. - wtrci Cassidy.
- Nie musisz. - sykn Jo wyszarpujc bro z kabury na plecach.
  Karl mimo urazu, zerwa si z krzesa i wasnym ciarem przewrci Jo na ziemi. Jeden ze stranikw wycelowa bro w Korna, ale z pomoc wpad Cassidy. Nog kopn bro stranika i kolb wasnej uderzy go w twarz. Stranik run na ziemi a za nim bro drugiego, odstrzelona mu z rk przez Korna. Pozostali stranicy rzucili bro.
  Jo lea na pododze, przygnieciony przez Karla. Jego bro leaa obok niego.
- Jo! - zawoa jeden ze stranikw - Oni chyba maj racj.
- Wanie! - zawoa drugi. - Dajmy Slags leki a oni dadz nam rzywno.
- Nigdy!!! - wrzasn czerwony ze wciekoci Jo. - To nasza farma!!!
  Nagle oczy wszystkich skieroway si na drzwi wejciowe, bo stana w nich posta o blond wosach, w skrzanej, czarnej kurtce i czarnych jeansach.
- Vegeir! - ucieszy si Korn. - Mio e wpade.
  Przywdca Slags nie zareagowa ani sowem. Wyszed spokojnie na rodek pomieszcenia, dwigajc na plecach jaki spory, pucienny worek. Oczy wszystkich skieroway si na niego w ciszy. Vegeir zdj worek z plecw i rzuci go na podog. Putno rozoyo si i posypay si z niego jakie grzyby ktre Korn widzia pierwszy raz w yciu. Stranicy osupieli. Jo take.
- Chc tylko lekarstw dla moich ludzi. - rzek bagalnym tonem Vegeir. - My w podziemiach chodujemy ywno. Te grzyby nas karmi.
- Ten tribal ma naprawde racj Jo. - przyzna kolejny stranik.
- Tak jest. - powiedzia nastpny. - Po co mamy ich zabija?
- Bo ta farma jest nasza!!! - wrzasn rozwcieczony Jo.
- Moecie swobodnie mieszka na farmie - rzek Vegeir. - ale zostawcie nas i nasze podziemia w spokoju.
- Ja z tob nie id Jo. - rzek znw jeden ze stranikw.
- No Jo! - zawoa Korn. - Nie pozwl emocjom zwyciy nad twoj dum.
  Nastaa duga cisza, w czasie ktrej Vegeir spoglda w oczy wszystkich zgromadzonych. Na koniec spoja si surowo w oczy Jo, z ktrych nagle znikna zo a pojawia si pokora. Taka sama jaka pojawia si w oczach psa, gdy zwierze zrozumie e zawiodo swojego pana. I cho Vegeir i Jo nigdy si przedtem nie znali, wygldao to jakby nie raz mieli ze sob do czynienia. Korn umiechn si czujc e nadchodzi rozwizanie problemu. Nawet stranicy zaczli pojednawczo szepta i kiwa gowami na zgod.
- Zgoda. - rzek Jo wstajc i zrzucajc z siebie umiechnitego Karla. -Niech bdzie! Wy pokrzywieni kalecy!!
  W caym pomieszczeniu rozbrzmiaa rado.
- Prosz - Korn poda Vegeirowi Combat Shotguna ktrego od niego otrzyma. - Zwracam go zgodnie z umow. wietnie mi suyy.
- Jest twj. - rzek przywdca Slags, delikatnie odtrcajc bro od siebie - Teraz gdy tyle dla nas zrobilicie, nie mog ci go nie odda. Zreszt nie bdzie mi ju potrzebny.
- O nie. - zaprzeczy tribal. - Nie mog go od ciebie przyj Vegeir.
- Powiedziaem ci e jest twj. Lepiej powiedz czego dowiedziaes si o GECK i Krypcie 13?
- C. Waciwie to niczego.
- Jakto? - zdziwi si Vegeir.
- Jo przyzna mi si, e tak naprwad od samego pocztku niczego nie wiedzia o GECK i Krypcie 13. Tumaczy si e byli zdesperowani wic musia skama e ma wane informacje, ktre mogyby mi si przyda. W zamian za informacje miaem wykona dla niego rekonesans Ghost Farm. No i go wykonaem, wtedy gdy trafilimy do was po raz pierwszy.
- Pewnie jeste wcieky.
- W zasadzie nie. Trudno. Przynajmniej mogem komu w czym pomc. A kamstwo Jo, wybaczam. Widze e znalezienie Krypty 13 nie jest takie proste jak mi si zdawao.
- A teraz dokd chcesz jecha?
- Spowrotem do Voult City.
- Tego si wanie obawiaem. - wtrci Cassidy.
- Mj przyjaciel Vic - kontynuowa Korn. - Da mi pewn wskazwk w zwizku z tym miastem.
- Oby bya ci pomocna..
- Hej Vegeir - Cassidy przypomnia sobie o zawleczkach od granatw. - Mam tu zawleczki od granatw ktre mi dae. Wiedz e dziki nim, w Den nie istnieje ju niewolnictwo.
- To wspaniaa wie. W tych czasach wiat potrzebuje wicej takich ludzi jak wy. Wicej ni kiedykolwiek wczeniej. Daj mi te zawleczki. Powiesze je na cianie w widocznym miescu naszych podziemi. Moe kiedy, gdy wiat spowrotem pozbiera si do kupy, ludzi bd odwiedza nasze podziemia. Wtedy gdy spoj na te dwie metalowe zawleczki, dowiedz si e przysuyy si dla ich cywilizacji.
- W takim razie do zobaczenia Vegeir. - poegna si tribal.
- Do zobaczenia przyjaciele. Oby w leprzych czasach. 